O wolności, niewygodzie i radości życia na rowerze

—

Anna Kurnatowska w namiocie w lesie camping na dziko

Już sporo czasu minęło odkąd wróciłam z ostatniej wyprawy bike-packingowej, ale coś nadal się procesuje w mojej głowie. Tym bardziej, że szykuję się do kolejnej, trochę innej wyprawy (ale o tym niedługo!). Rozmyślam więc, planuję, porównuję, ale też zastanawiam się czemu przemierzanie świata rowerem i spanie w dziczy stało się dla mnie tak istotne?

Zawsze byłam odważna i lubiłam spędzać czas na świeżym powietrzu. Jako dziecko uwielbiałam chodzić się po drzewach, budować szałasy z gałęzi, ratować pająki i odwracać żuczki, które bezradnie leżały na grzbiecie. Przebywanie w naturze było dla mnie czymś oczywistym. Z wiekiem nie straciłam tej więzi, choć coraz bardziej ceniłam komfort – miękkie łóżko, gorący prysznic, czystą pościel. Wydawało mi się, że podróż może i powinna być wygodna.

Kiedyś przypadkiem trafiłam na filmik na YouTubie o młodej dziewczynie podróżującej rowerem. Zaimponowało mi to. Zaczęłam wyobrażać sobie taką podróż rowerem z całym dobytkiem w sakwach, z namiotem, kuchenką i pełną niezależnością. Ale cały czas nie miałam pewności czy to jest coś dla mnie.

Impuls przyszedł znienacka, w Indiach. Spotkałam tam kobietę po siedemdziesiątce z Nowego Jorku, która w latach osiemdziesiątych samotnie przejechała rowerem przez Azję i Amerykę Południową. Opowiedziałam jej o moim pomyśle na bikepacking i o moich wątpliwościach. Powiedziała, że absolutnie muszę to zrobić. Że to będzie przygoda mojego życia i że nigdy tego nie pożałuję. Powiedziała to z takim przekonaniem, że w tamtej chwili wiedziałam już, że nie mam wyjścia. Jadę.

Po powrocie z Indii kupiłam więc rower, sakwy, sprzęt campingowy. I ruszyłam! Nie wiedziałam, jak moje ciało zareaguje na codzienny wysiłek, ile kilometrów dziennie zdołam przejechać, gdzie będę spać i jak poradzę sobie z brakiem komfortu. Nie przypuszczałam też, że w trakcie jednej wyprawy doświadczę temperatur od czterdziestu do czterech stopni. A jednak już po bardzo niewielu przejechanych kilometrach poczułam, że to jest coś dla mnie.

Pokochałam nie tylko jazdę, ale przede wszystkim to, co kryje się pomiędzy przemierzanymi kilometrami: prostotę, rytm, który narzuca przyroda, podróż napędzaną wyłącznie siłą moich mięśni, poczucie całkowitej niezależności, przypadkowe spotkania, które często zmieniają bieg podróży.

Jednak proste życie nie znaczy łatwe. I na pewno nie znaczy wygodne. Gotowanie na jednym palniku, spanie na cienkim materacu, w upale lub chłodzie, czasem na pochyłym zboczu, co nocą oznacza nieustanne zjeżdżanie na dół namiotu. Pamiętam noce z inwazją ślimaków, z komarami, których nie dało się przegonić. Pamiętam brak wody i mokry śpiwór. Zgubioną zapalniczkę, gdy brzuch już burczał, a jedzenie czekało na ugotowanie. Wichurę, która próbowała zwiać namiot. Pamiętam obolałe ciało – biodra przy spaniu na boku, plecy przy spaniu na wznak, a mięśnie nóg pulsujące drobnymi prądami po całym dniu pedałowania. Czasem było za zimno, czasem za gorąco. Czasem bałam się dziwnych odgłosów dochodzących z zewnątrz i nie miałam nawet odwagi, żeby wyjrzeć i sprawdzić co to. A jednak rano, wbrew logice, budziłam się wypoczęta.

Uwielbiam też poranną rutynę, w której nic nie trzeba wymyślać, nad niczym zastanawiać – co dziś włożę, albo co będę robić. Składanie namiotu, owsianka na śniadanie (w wersji lux: z owocami zebranymi poprzedniego dnia w przerwie od pedałowania), pakowanie sakw i ruszanie dalej. Ale na tym kończy się powtarzalność, bo każdy dzień przynosi coś nowego – nowe krajobrazy, spotkania i wyzwania.

Podczas ostatniej wyprawy pozwoliłam sobie na luksus – małą włoską kawiarkę. Czasem stawiałam sobie za wyzwanie znaleźć najpiękniejsze miejsce na poranną kawę. Jechałam pierwsze dwadzieścia, trzydzieści kilometrów, rozglądając się za tym idealnym punktem – zboczem góry, widokiem na morze, albo pomostem nad jeziorem. Kiedy już znalazłam to miejsce, z największą satysfakcją zaparzałam kawę. I jak łatwo się domyślić, wcale nie chodziło tu o samą kawę, tylko o ten moment.

Teraz, patrząc na te wyprawy z perspektywy czasu, rozumiem, dlaczego tak bardzo mnie wciągnęło podróżowanie rowerem. Nadal lubię komfort, ciepło i wygodne łóżko. I to nie w trudzie i niewygodzie znajduję szczęście. To o co chodzi? To surowość i prostota pozwalają mi być tu i teraz. A to właśnie ta świadoma obecność daje mi szczęście.


Odkryj więcej z Between Places

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Dodaj komentarz

● o mnie

Cześć! Jestem Ania. Od zawsze ciekawa świata i życia poza schematami. Ten blog to zapis mojej drogi — między podróżami, zmianą i tym, co właśnie się rodzi.
więcej o mnie…