
Od dziecka byłam odważna. Skakałam z dachów, chodziłam po drzewach, spałam w szałasach. Mam dzięki temu piękne wspomnienia — ale też kilka blizn.
Wiele z tych rzeczy robiło wrażenie na otoczeniu. Słyszałam słowa pochwały albo podziwu. I chyba właśnie wtedy utrwalił mi się pewien schemat: że odwaga to coś, co dla większości ludzi jest przerażające i za co dostaje się aplauz.
I do niedawna tak właśnie myślałam. Że prawdziwa odwaga musi wyglądać spektakularnie. Jak ryzyko, adrenalina, wielkie decyzje.
Gdy rzucałam pracę i ruszałam w nieznane, czułam, że robię coś odważnego — przynajmniej tak to brzmiało w opowieściach innych.
Gdy ruszyłam sama rowerem, robiłam ponoć coś, na co decydują się tylko nieliczni.
Gdy spałam sama na dziko — w górach, lasach czy na argentyńskiej pampie — słyszałam: ale jesteś odważna.
I faktycznie, ten strach był bardzo konkretny.
Gdy leżałam w namiocie i słyszałam odgłosy, których nie potrafiłam zidentyfikować, wyobraźnia natychmiast zaczynała pracować. Czy to zwierzęta czy ludzie? Czy mam otwierać namiot, świecić latarką i sprawdzać — czy udawać, że nie słyszę, i próbować zasnąć?
Czasem bałam się burzy i walących piorunów, a czasem po prostu tego, że wydarzy się coś, czego nawet nie umiem nazwać — i że będę musiała w środku nocy składać całe obozowisko i odjeżdżać.
Ale paradoksalnie ten strach był dla mnie łatwiejszy do opanowania. Miał kształt, miejsce i czas. Wiedziałam, że to tylko noc. Że do rana zostało kilka godzin. Że światło w końcu wróci.
Za to nikt nie pogratulował mi odwagi, gdy zdecydowałam się pracować na własny rachunek.
Nikt nie pogratulował mi jej, gdy zaczęłam dzielić się swoimi przemyśleniami na blogu.
Nikt nie powiedział, że to odważne — wracać na dłużej do statecznego życia w Polsce.
A to właśnie te wybory są dziś moim największym aktem odwagi.
Boję się, czy potrafię funkcjonować w jednym miejscu. W mieście, które jest mi tak dobrze znane. Boję się życia bez ciągłej zmiany otoczenia, bez egzotycznych pejzaży, bez codziennego poznawania nowych ludzi i odkrywania nowych smaków. Boję się nie być już w drodze, nie być podróżniczką, nie być w czymś, co z założenia jest fascynujące. Bo jak porównać podróż do po prostu mieszkania w mieście? I to jeszcze w swoim rodzinnym.
Ten strach nie ma w sobie adrenaliny.
Nie jest spektakularny.
Nie jest tym do podziwu.
A jednak dla mnie jest najtrudniejszy do pokonania.
Odwaga ma wiele twarzy. Nie warto jej porównywać ani mierzyć jedną miarą. Każdy jest w innym momencie życia i każdy ma przed sobą inne wyzwania. Łączy nas jedno: wszyscy się boimy — i, co najważniejsze, wszyscy próbujemy działać mimo tego strachu.
Nie czekam już na brawa ani na potwierdzenie z zewnątrz. Sama sobie biję brawo. Bo tylko ja wiem, ile odwagi mnie to kosztowało.






Zostaw odpowiedź