
Trochę ponad dwa lata temu siedziałam na lotnisku w Pokharze, w Nepalu, próbując wydostać się z kraju. Szansa na złapanie mojego drugiego samolotu do Delhi zmniejszała się z każdą kolejną godziną oczekiwania. Ogromny smog od kilku dni uniemożliwiał podróże samolotem.
Jak to bywa w takich sytuacjach, ludzie próbowali zasięgać od siebie informacji, bo poza tablicą z adnotacją „odwołany” przy każdym locie, nic więcej nie było wiadomo. Zaczęłam rozmawiać z siedzącym obok mężczyzną. Okazało się, że jest z Indii, a ja właśnie tam się wybierałam.
I jak chyba każdy Hindus, był bardzo dumny z regionu, z którego pochodził. Zaczął opowiadać mi o Ladakh, o miejscu, gdzie wszystko jest wysoko. O rozległych stepach, pustyniach, księżycowych krajobrazach i najwyżej położonych na świecie drogach. O jeziorach o nierealnych kolorach i buddyjskich klasztorach, w których można zatrzymać się na noc.
Brzmiało to trochę jak opowieść o innym świecie.
Nasza rozmowa trwała krótko, bo nagle okazało się, że ktoś organizuje bus do Katmandu i gwarantuje mi złapanie mojego lotu do Delhi. Zerwałam się, pobiegłam po bagaż i wskoczyłam do busa. Nie zdążyłam nawet podziękować za rozmowę. Za to zaciekawienie tym miejscem zostało ze mną.
Kilka tygodni później, kiedy zakończyłam kurs buddyjski w Dharamsali — domu Dalajlamy — nie miałam już wątpliwości, dokąd chcę jechać.
Do Ladakh.

Ruszyłam więc w długą podróż na północ Indii, w stronę Pakistanu i Tybetu. Były wielogodzinne przejazdy autobusami w czterdziestostopniowym upale, gdzie siedzenie przy oknie przypominało siedzenie przed gorącą suszarką do włosów. Była noc w Kaszmirze, gdzie po spojrzeniach ludzi łatwo można było zauważyć, że samotnie podróżujące kobiety nadal należą tam do rzadkości.
A potem był samolot. I kilka godzin później wysiadłam w zupełnie innym świecie. W Ladakh.
Leh, stolica regionu, leży na wysokości około 3500 metrów. Domy są jasne, budowane z gliny, kamienia i drewna. Wszystko wydaje się wtopione w góry i pustynny krajobraz. Życie toczy się tam powoli. Większość turystów spaceruje powoli małymi uliczkami próbując przyzwyczaić się do wysokości. Przez palące słońce i jednoczesny chłód w cieniu nigdy nie wiadomo jak się ubrać. Ja spędzałam czas na jedzeniu przepysznych tybetańskich pierożków momo, dochodzeniu do siebie po przeziębieniu i napawaniu się spokojem – czegoś nie tak oczywistego w Indiach.

Ladakh najlepiej zwiedza się motocyklem. Region słynie z jednych z najwyżej położonych dróg na świecie — niektóre przełęcze sięgają prawie 5800 metrów. W wysokich górach pogoda zmienia się błyskawicznie. Nigdy nie wiadomo, gdzie spadnie śnieg. Odległości między wioskami są ogromne, trzeba mieć zapasy benzyny i jedzenia. Taka przygoda brzmiała dla mnie jak marzenie. Byłam jednak sama, nie umiałam jeździć motocyklem, a samotna wyprawa w tych warunkach nie wydawała się rozsądnym pomysłem.
Skusiłam się jedynie na jednodniowe wypady skuterem do pobliskich klasztorów. Choć nawet 100 kilometrów po tamtych drogach wydawało się lekkim szaleństwem.
Ale jak to często bywa w podróży – wszystko zmienił przypadek.
Poznałam trzech innych podróżników, którzy zaproponowali mi dołączenie do ich motocyklowej wyprawy. I tak, dokładnie dwa lata temu, wyruszyliśmy na dwóch Royal Enfieldach przez najwyższe przełęcze drogowe świata.
Nie spodziewaliśmy się, jak zimno będzie. Nie spodziewaliśmy się, jak dziko będzie. I zdecydowanie nie spodziewaliśmy się, jak pięknie będzie.

Krajobrazy były naprawdę nieziemskie. Momentami wyglądały bardziej jak powierzchnia księżyca niż Ziemia. Ogromne przestrzenie, prawie bez cywilizacji, góry w odcieniach beżu, czerwieni i fioletu, dzikie konie gdzieś w oddali i jeziora w kolorach, które wydawały się nierealne – intensywnie turkusowe albo granatowe.
Szybko zdaliśmy sobie sprawę jak bardzo nieprzygotowani byliśmy. Bardzo szybko założyliśmy na siebie wszystkie ubrania, które mieliśmy ze sobą i praktycznie już ich nie zdejmowaliśmy. Dzielni kierowcy musieli znosić zmarźnięte dłonie, bo amatorskie rękawice były zdecydowanie niewystarczające. Wyboiste drogi i olbrzymie przewyższenia były nie lada wyzwaniem dla mało doświadczonych motocyklistów.
Po drodze często nocowaliśmy u rodzin mieszkających wysoko w górach, w małych kamiennych domach rozrzuconych po pustkowiach. Tam życie wygląda zupełnie inaczej. W domu zwykle jest tylko jedno ciepłe miejsce – mała kuchnia z piecem opalanym drewnem albo wysuszonym łajnem jaka. Wokół niej toczy się całe życie, czyli proste posiłki i rozmowy. Siedzi się na ziemi wyłożonej dywanami, pije czas i rozgrzewa przy ogniu. Daleko tam było od luksusów. Łóżka to były często deski przykryte grubszym kocem udającym materac… Poza kurtką motocyklową nic więcej nie zdejmowałam na noc, bo ciepło z kuchni nie docierało do sypialni, a na takich wysokościach wraz z zachodem słońca robi się niesamowicie zimno.

Jedną noc spędziliśmy też w klasztorze. Rano zostaliśmy zaproszeni na modlitwę. W bardzo ozdobnej sali zbierali się mnisi, od małych chłopców po starszych mężczyzn. Siedzieli razem, śpiewali modlitwy i pili słoną herbatę z masłem i mlekiem jaka, która pomaga przetrwać zimno na tych wysokościach. Wszystko działo się bardzo spokojnie i naturalnie. A my siedzieliśmy razem z nimi, trochę z boku, obserwując ceremonię i sącząc tę przedziwną herbatę.

Ladakh jest jednym z tych miejsc, które zostaną ze mną na zawsze. Nie tylko przez wyjątkowość tego regionu, ale też przez ludzi, dzięki którym ta podróż była niezapomniana. Wracam myślami do tego pierwszego spotkania na lotnisku w Pokharze. Do człowieka z Ladakh, który opowiadał mi o swoim domu z takim entuzjazmem. Bez tej rozmowy pewnie nigdy bym tam nie trafiła. I do podróżników, którzy zaprosili mnie do swojej wyprawy motocyklowej. Uwielbiam to w podróżowaniu solo – przypadkowe spotkanie i krótka rozmowa wystarczają do rozpoczęcia nowej przygody.










Dodaj komentarz