
Po indyjskim chaosie i pierwszych miesiącach życia w drodze — bez pracy, bez struktury — zafundowałam sobie zupełnie nowe dla mnie wyzwanie: bikepacking.
Ta pierwsza wyprawa rowerowa okazała się przełomowym doświadczeniem. To właśnie wtedy puszczanie kontroli przestało być ideą, a stało się praktyką. Bardzo konkretną.
Na rowerze miałam wszystko, czego potrzebowałam do przetrwania — namiot, śpiwór, kuchenkę, kilka ubrań i podstawowe zapasy jedzenia. Nie musiałam niczego rezerwować, bo spałam na dziko — gdziekolwiek znalazłam kawałek bezpiecznej przestrzeni i piękne niebo nad głową. Wolność? Tak. Kontrola? Szybko trzeba było o niej zapomnieć.
Gdy dzień jazdy dobiegał końca, cała moja uwaga skupiała się na jednym: wodzie. Trzeba było znaleźć miejsce, gdzie da się ją nabrać — nie tylko do picia na wieczór i noc, ale też dodatkowe litry na ugotowanie czegoś ciepłego, umycie twarzy i zębów, a rano na kawę. Woda przestawała być oczywistością.
Zdarzało się, że nie znajdowałam wody, a nie miałam już siły pedałować dalej. Wtedy musiałam kłaść się spać z pragnieniem — o myciu zębów mogłam zapomnieć. Nie było też gotowania kolacji. Zjeść za dużo ciasteczek również nie mogłam, bo… tylko potęgowały pragnienie. A gdy nie miałam ani wody, ani ciasteczek, zdarzyło mi się pić wodę po ugotowaniu makaronu.
Gdy woda była już nabrana, przychodził czas na szukanie miejsca do spania. Najlepiej z dala od ludzi i drogi, ale nie za daleko. Płasko. Z odrobiną cienia. Z ładnym widokiem. Miękko pod namiotem, bez wilgoci. Kryteriów było wiele — i szybko okazywało się, że nie zawsze da się spełnić wszystkie. Czasem trzeba było odpuścić komfort. Czasem estetykę. Czasem poczucie idealnej kontroli nad sytuacją.
Luksus? Spać obok źródła wody i pod dachem — pod jakąś wiatą. To były wieczory, w których można było umyć naczynia, obmyć ciało z kurzu i potu, a nawet przeprać jedną rzecz. A rano namiot nie był mokry od rosy ani deszczu. Małe rzeczy, które dawały ogromne poczucie obfitości. I ogromną radość.
Każdego wieczoru otwierałam mapę i planowałam trasę na następny dzień. Czasem dokładniej, czasem tylko z grubsza. Bywało jednak, że już po godzinie jazdy zmieniałam plan — w zależności od nastroju, sił albo ludzi, których spotkałam po drodze i którzy mnie zainspirowali. Niekiedy planowałam tylko pierwszą godzinę albo dwie, zostawiając resztę dnia otwartą na to, co przyniesie droga. Bo jak można zaplanować zachwyt? Albo przypadkowe spotkanie, które zmienia kierunek całego dnia?
Tego też musiałam się nauczyć — jak iść spać spokojnie pod namiotem, nie wiedząc, dokąd pojadę następnego dnia. Jak zasypiać w zupełnej niepewności, bez zarezerwowanego miejsca, bez gwarancji, że znajdę jutro idealne miejsce na nocleg. A mimo to czuć się bezpiecznie. Z czasem ta niepewność przestała być źródłem lęku, a stała się przestrzenią wolności.
Wtedy zaczęłam się zastanawiać, czy to wciąż tylko styl podróżowania. A może bardzo pierwotny sposób życia — oparty na podstawowych potrzebach i prostych przyjemnościach. Bo właśnie o te małe radości w tym wszystkim chodziło.
Kiedy już myślałam, że na rowerze doświadczam pełnej wolności i braku kontroli, podczas kolejnej wyprawy — tym razem w Patagonii — dostałam jeszcze jedną lekcję. Na wyboistej drodze zgubiłam licznik GPS. Mapa nie była tam szczególnie potrzebna — była tylko jedna droga. Ale licznik porządkował dzień liczbami: prędkością, nachyleniem, kilometrami. Gdy zniknął, jazda stała się prostsza. Bez ciągłego sprawdzania parametrów góry wydawały się mniej strome. Jazda stała się lżejsza, dystanse wydawały się krótsze, a krajobrazy jeszcze ładniejsze. To był drobny epizod, ale dobrze pokazujący, jak łatwo wchodzimy w iluzję kontroli i tracimy wtedy uważność.
Dla wielu wyprawy rowerowe to przede wszystkim sprawdzian fizyczny. Dla mnie była to jedna z najważniejszych lekcji mojego życia — o puszczaniu kontroli i o dawaniu się ponieść życiu. Planowanie i brak planu okazały się równie potrzebne: jedno daje kierunek, drugie uczy zaufania. Dzięki tej wyprawie nauczyłam się słuchać siebie, swoich emocji i ciała. Reagować, zamiast przewidywać. Być obecna i być w drodze — naprawdę.






Zostaw odpowiedź