Czym jest dom w obcym kraju?

—

Starsza kobieta w tradycyjnym kapeluszu na peruwiańskim bazarze sprzedająca ziemniaki

Gdzie jest mój dom?
To pytanie wraca do mnie coraz częściej. Ale zanim odpowiem sobie na to, gdzie jest dom – muszę zadać sobie inne: czym właściwie dom jest?

Na pewno nie chodzi tylko o cztery ściany. To nie jest miejsce, w którym spędzamy najwięcej czasu. Ani to, gdzie mamy najwięcej swoich rzeczy. Czy to miejsce z dzieciństwa? Też nie jestem o tym przekonana. Może dom to raczej stan ducha – chwila, w której znajdujemy schronienie i spokój? Miejsce, w którym możemy codziennych masek i ról. Być po prostu sobą.

A jak odnaleźć go w innym kraju?
Zwłaszcza, gdy mieszka się za oceanem, w kraju tak odmiennym kulturowo, że z daleka widać – nie jestem stąd.
Przez długi czas lubiłam to poczucie inności. Wyróżnianie się było dla mnie naturalne. Teraz jednak widzę, że kiedy ta inność przestaje być wyborem, a staje się rzeczywistością – nie zawsze jest łatwo ją udźwignąć.

Mieszkając w okolicach Cuzco – w regionie niezwykle bogatym kulturowo, barwnym, głęboko zakorzenionym w swoich tradycjach – moje życie stawało ciekawe, intensywne, inspirujące. Ale jednocześnie to właśnie tam najmocniej czułam swoją inność. Moja obecność była zauważalna, obca. Nie tylko przez wygląd, ale i przez sposób bycia, język, historię, z którą przyjechałam.

Jakiś czas temu, na co środowym targu, zauważyłam starsze małżeństwo. Byli ubrani w tradycyjne stroje. Ona – w czerwonym kapeluszu przypominającym misę wypełnioną kwiatami, spod którego wychodziły dwa grube, czarne warkocze. Miała na sobie wielowarstwową, haftowaną spódnicę i kolorową chustę przewieszoną przez plecy – do noszenia zakupów albo dzieci. On – w kolorowym ponczo i wełnianej czapce z pomponami. Oboje na nogach mieli proste sandały zrobione z opon samochodowych. Patrzyli na mnie z ciekawością, ale i z dystansem – jakby na przybysza z innej planety. A ja patrzyłam na nich z zachwytem. Było w ich wyglądzie coś pięknego, spokojnego, głęboko zakorzenionego w historii tego miejsca. Poczułam wtedy, jak bardzo jestem od nich daleko. Jak wielki dystans nas dzieli – kulturowo, życiowo, wewnętrznie. I że ten dystans zawsze tam będzie. Choćbym nie wiem jak długo tu mieszkała, choćbym nie wiem jak dobrze mówiła w ich języku – nigdy nie będę stąd.

W Peru moja inność jest widoczna od razu. Mój kolor skóry i jasne oczy mówią za mnie, zanim zdążę się odezwać. Czasem czuję się obserwowana z ciekawością, innym razem z dystansem. A niekiedy nawet z wrogością… I nigdy nie wiem – czy to chodzi o mnie, czy o to, co rzekomo reprezentuję – kolonializm. A przecież nie jestem za niego odpowiedzialna, nie reprezentuję tych wartości. Jednak czasem czuję, że jestem traktowana jak jego symbol – jak przypomnienie czegoś, co inni woleliby zapomnieć.

W Europie imigranci doświadczają podobnych etykiet, zanim wypowiedzą pierwsze słowo. Wielu z nich wyjechało z potrzeby, a nie z ciekawości i poszukiwaniu przygody, tak jak ja. Teraz, gdy mój pobyt w Peru dobiegł końca,  przeżywam biurokratyczną odyseję, starając się o nową wizę. Czuję, jak wiele zależy od decyzji pojedynczego urzędnika. Jak musi czuć się ktoś, kto zmaga się z biurokracją, kogo dodatkowo obciążają rasizm, bieda, wojna i rodzina czekająca na wsparcie? Wprawdzie moja sytuacja jest inna, to jak nigdy wcześniej potrafię się wczuć w sytuację wielu takich osób.

Emigracja to często ciągłe poczucie inności. A za tym idzie osamotnienie, brak zrozumienia, potrzeba bycia zauważonym, wysłuchanym. Piszę to z Polski – kraju, w którym się urodziłam i wychowałam. A co ciekawe, tu też czuję się obco. To nie jest nowe uczucie. Nie bez powodu wyjechałam. Nie bez powodu od zawsze moje najbliższe relacje tworzyłam z ludźmi z innych krajów. Wielu moich znajomych mówi, że „urodziłam się w niewłaściwym kraju”. Czasem się zastanawiam, czy to może być prawda. A może to nie kwestia kraju – tylko tego, że ciągle szukam czegoś innego? Może to właśnie ta ciekawość, ta potrzeba przesuwania granic, sprawia, że wszędzie jestem trochę gościem, a nigdy gospodynią?

A wracając do pytania o dom, tu w Polsce też go nie znajduję. To cena życia w drodze – bez planu powrotu i bez miejsca, do którego chciałoby się wracać. Czy żałuję? Absolutnie nie. Chciałam wyjść ze strefy komfortu i to zdecydowanie mi się udało.

Teraz wypadałoby postawić jakąś konkluzję, ale… zwyczajnie jej nie mam. Zostanę więc trochę w tej refleksji i w tej niewiedzy. Czasem nie warto szukać na siłę odpowiedzi.

Pozdrowienia z Polski,
Ania


Odkryj więcej z Between Places

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Dodaj komentarz

● o mnie

Cześć! Jestem Ania. Od zawsze ciekawa świata i życia poza schematami. Ten blog to zapis mojej drogi — między podróżami, zmianą i tym, co właśnie się rodzi.
więcej o mnie…