
Cześć,
wracam do pisania i bardzo się cieszę, że mogę znowu się tu odezwać.
Od teraz newsletter jest jednocześnie moim blogiem.
To tutaj znajdziecie wszystkie stare i nowe teksty. Na razie będę pisać tylko po polsku — to chwilowe. Bardziej kwestia momentu niż decyzji. Najważniejsze jest dla mnie to, że znów mam przestrzeń i gotowość, żeby dzielić się tym, co we mnie pracuje.
Przez ostatni czas zebrało się we mnie sporo przemyśleń. Mam też kilka nieopublikowanych tekstów „z szuflady”, więc na start możecie się spodziewać więcej lektury niż zwykle.
Nie mogę się doczekać, żeby znowu dzielić się z Wami refleksjami — o zmianie, drodze, niewygodzie, wolności i o tym, co dzieje się pomiędzy.
Dziękuję, że tu jesteście!
Nowy rozdział. Znowu…
Myślałam, że wszystko już się ułożyło.
Że zostanę w Peru, w pięknym okrągłym domu, z którego widok rozciąga się na góry. Że będę pracować częściowo zdalnie, a częściowo na miejscu — realizując projekty społeczne, rozwijając się i żyjąc w rytmie natury. Wyobrażałam sobie, że dzięki życiu na wysokości i codziennemu jedzeniu lokalnych superfoods będę zdrowa, silna i spełniona.
Ale jak to w życiu bywa — nie wszystko idzie po naszej myśli.
Widocznie tak miało być. Widocznie to nie było miejsce, w którym miałam zapuścić korzenie.
Najbardziej zabolała mnie jednak nie sama zmiana planów, ale to, że z sytuacji, w której wszystko było już jasne — gdzie mieszkam, czym się zajmuję, w jakim kierunku zmierzam — nagle znalazłam się w pustce.
Znowu nie miałam odpowiedzi na te z pozoru proste pytania:
Gdzie będziesz mieszkać? Czym będziesz się zajmować? Co dalej?
Wydawałoby się, że po tylu podróżach, przygodach i doświadczeniach powinnam mieć w sobie spokój i jasność.
A tymczasem miałam w głowie tysiące pomysłów — ale coraz mniej klarowności.
Bo gdy wszystko jest możliwe, pojawia się paradoks wyboru. Za dużo opcji nie daje więcej wolności, a często odbiera spokój. Ludzki umysł lubi granice — potrzebuje ram, punktu odniesienia.
A gdy tych ram brakuje, pojawia się zamieszanie:
Czy wiem, czego naprawdę chcę?
Lęk: A co, jeśli wybiorę źle?
I wreszcie przytłoczenie — tego wszystkiego jest po prostu za dużo.
Nie byłam już w podróży, więc nie pasowałam do „szufladki” podróżniczki. Trzeba było mnie jakoś nazwać.
Stąd pytania — i co teraz?
Pytania, które nie miały końca. A im było ich więcej, tym mniej miałam odpowiedzi.
Znowu wróciłam do refleksji nad ludzką naturą i naszą kulturą.
Nie lubimy zawieszenia. Nie lubimy nie wiedzieć.
Kiedy potrafimy nazwać sytuację i umieścić ją w jakiejś kategorii — czujemy się bezpieczniej.
A ja tej kategorii właśnie nie miałam.
Najłatwiej było więc znowu wyruszyć w drogę.
Bo kiedy jesteś w podróży, pytania są prostsze: Dokąd jutro jadę? Gdzie rozbiję namiot? — na to łatwiej odpowiedzieć, niż na pytanie: Gdzie chcę zamieszkać? Jaką chcę mieć pracę?
Podróż dawała mi oddech od niepewności.
Miałam też cichą nadzieję, że kolejna wyprawa rowerowa pomoże mi poukładać myśli.
Nic nie daje takiej przestrzeni do refleksji jak codzienne, samotne pedałowanie — rytmiczne, ciche, w zgodzie z własnym oddechem.
I faktycznie, w trakcie tej podróży zrozumiałam, że pewne procesy, które towarzyszyły mi od początku mojego życia w drodze, po prostu się zakończyły.
Że we mnie samej coś się domknęło — coś dojrzało, coś się uspokoiło.
I że jestem gotowa na kolejny rozdział.
Jadąc przez Europę — przez przepiękne miejsca, odwiedzając przyjaciół — zrozumiałam, że nie ma większego znaczenia, w jakim kraju czy w jakim mieście się osiedlę.
Ważne, żebym była w miejscu, które pozwala mi zaspokajać moje potrzeby, rozwijać się, czuć się sobą.
Zrozumiałam, że liczy się podejście, z jakim wchodzę w relację z miejscem — a nie tylko jego architektura, klimat czy język.
Ta podróż przyniosła mi jasność.
Zrozumiałam, że potrzebuję czegoś innego niż ruch i nieustanna zmiana.
Zapragnęłam domu.
Zapragnęłam stabilizacji.
Zapragnęłam pracy. I wreszcie — mam odpowiedzi, które zadowolą nie tylko moje otoczenie, ale też mnie samą.
Czas przejść do realizacji.






Dodaj komentarz